Nie jesteśmy nazwiskami. Jesteśmy: twórcami, pasjonatami, marzycielami, entuzjastami, myślicielami, filozofami naszego teatru. Tworzymy myśli - nie fabułę; idee - nie dzianie się; przesłanie - nie akcje. Przesłanie odbiera widz: ze słów, między słowami, poza słowami, ponad słowami. Myśl biegnie na styku: twórcy - teatr - widz. Biegnie niezależnie, tworzy własne wizje.
Rozmawiają Anna Łazuka-Witek i Wojciech Kopciński
Po dwóch stronach - Polska
Skończył pan dwie uczelnie: Wyższą Szkołę Nauczycielską w zakresie fizyki z chemią w Częstochowie oraz Państwową Wyższą Szkołę Teatralną w Krakowie, na Wydziale Reżyserii Dramatu, do partii pan nie należał, a mimo to wystartował w tak mocny sposób...
Na jednych z pierwszych zajęć na PWST w Krakowie dyrektor administracyjny Teatru Starego powiedział do nas: Dostaliście się do tak elitarnej szkoły i myślicie, że cały świat należy do was. Ale musicie pamiętać, że w życiu artysty liczy się przede wszystkim: łut szczęścia, potem talent, a na końcu praca.
Zrozumiałem to dopiero po pierwszym swoim przedstawieniu "Ostatniej taśmy Krappa" Samuela Becketta na scenie PWST w Krakowie. To przedstawienie obejrzeli prawie wszyscy najwybitniejsi ludzie teatru w Krakowie, obejrzał je również Tadeusz Nyczek, dostałem pierwszą wspaniałą recenzję. To był mój łut szczęścia.
Natychmiast zainteresowała się mną pani Alina Obidniak, dyrektorka jeleniogórskiego teatru, do którego w tamtych latach przyjeżdżała prawie cała teatralna Polska. Zaprosiła moją "Ostatnią taśmę Krappa" na festiwal i dała mi pół etatu w swoim teatrze. Wcześniej cały etat reżysera otrzymałem od pana Tadeusza Bartosika w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Częstochowie. Tak więc dzięki temu mojemu pierwszemu przedstawieniu, do którego scenografię zrobił Marian Panek, sprawy przynależności partyjnej nie miały znaczenia. Pani Alina Obidniak, którą wszyscy szanowali, roztoczyła nade mną parasol ochronny, bym spokojnie mógł pracować.
Czy to się udało? Czy przyszło panu zapłacić jakąś cenę za objęcie funkcji kierownika artystycznego teatru w Częstochowie?
Jestem człowiekiem teatru, by go robić, trzeba mieć przynajmniej zespół. Wtedy miałem bardzo wiele chwil, kiedy żałowałem, że nie jestem malarzem czy fotografikiem, bo nie musiałbym podejmować decyzji, jaką podjąć musiałem, i którą podjąłbym nawet bogatszy o dzisiejszą świadomość. Władze Częstochowy zaproponowały mi objęcie kierownictwa artystycznego Teatru w Częstochowie w 1981 roku. Potem w moje urodziny nieoczekiwany stan wojenny. Oczywiście, po tym co się zdarzyło, mogłem się wycofać. Mogłem. Ale nie chciałem. Nominację przyjąłem we wrześniu 1982 roku. O wiele łatwiej było milczeć tym, którzy mieli już dorobek teatralny, dla tych, którzy zaczynali, naprawdę nie było to takie łatwe.
Na konferencji prasowej ogłosiłem repertuar, którego nigdy nie zrealizowałem. Na bieżąco wstawiałem sztuki, o których wiedziałem, że muszą być zagrane, by teatr prowadzony przeze mnie pomagał przeżyć te ciężkie chwile oglądającym nas widzom. To miłe, że pamiętają mnie oni do dziś, a częstochowscy artyści wspominają czasy mojej dyrekcji w swoich wywiadach, jako ważne dla całej Częstochowy. Ważne, bo scena była wolna od ideologii.
Tolerowano mnie więc z coraz większą niechęcią, aż do chwili, kiedy zrobiłem "Hioba" Karola Wojtyły w czasie Jego pielgrzymki do Polski. Chciałem nawet zagrać to przedstawienie dla Papieża na Jasnej Górze. Nie zagraliśmy. Esbecja nie wpuściła mnie na Jasną Górę, by dograć szczegóły z paulinami. To wystarczyło. To był początek końca mojej kariery kierownika artystycznego częstochowskiego teatru. Złożyłem 10-punktową rezygnację. Rezygnacji nie przyjęto. I wyrzucono mnie w grudniu 1983 roku na mocy przepisów stanu wojennego. Koledzy reżyserzy, których zatrudniłem w teatrze, nie wystąpili w mej obronie. Dzisiaj dwóch z nich jest na liście Wildsteina. Wspaniale zachował się Marian Panek zbierając podpisy pod petycją broniącą mojej osoby, ale to już nic nie zmieniło. Na moje miejsce przyszedł kolega ze studiów, obecnie na liście Wildsteina.
O stałej pracy w polskich teatrach mogłem już zapomnieć. Nie poddałem się jednak. Zacząłem wysyłać listy do moich kolegów reżyserów i innych dyrektorów teatrów. Otrzymywałem zdawkowe pełne uników odpowiedzi lub milczenie.
Jak z perspektywy czasu widzi pan i ocenia decyzję wyjazdu z kraju?
My często nie wiemy, że tworzą nas nasi wrogowie. Słabość ich polega na tym, że jeśli biją, to powinni zabić. Niezabicie przeciwnika czyni go mocniejszym, mocniejszym i mocniejszym. Dzięki temu przeżyłem dwa lata w zawieszeniu i pustce.
W 1985 roku kolega ze studiów zaproponował mi reżyserię "Końcówki" Becketta w bielskim teatrze, ale nawet ćwiartki etatu nie chciał mi dać. Kim on był naprawdę, okazało się po premierze "Zapisków więziennych" Stefana kardynała Wyszyńskiego w Auli Jana Pawła II na Jasnej Górze, w mojej reżyserii, ze scenografią Mariana Panka. Tak się złożyło, że "Końcówka" miała swoją premierę (maj 1985) kilka dni po premierze "Zapisków". Po niej dyrektor wezwał aktorów z "Zapisków", którzy byli też aktorami z jego teatru, i mnie do swego gabinetu. Moi aktorzy i ja zobaczyliśmy i usłyszeliśmy stalinowskie monstrum. Nie powiedziałem ani słowa, by młodzi aktorzy zrozumieli do końca, jacy ludzie rządzą teatrem. "Końcówka" po trzecim przedstawieniu została zdjęta z afisza mimo wypełnionej po brzegi widowni. Jacek Twardowski, znakomicie grający rolę Clov, nie wytrzymał i wyjechał do Szwecji. A ja przestałem pisać listy o pracę.
W 1986 ulitował się nade mną dyrektor słupskiego teatru, Ryszard Jaśniewicz, i w listopadzie dałem premierę swojego autorskiego przedstawienia "Życia nie szukaj". Po tygodniu prób esbecja zażądała od dyrektora, by zabrał mi reżyserię. Dyrektor odmówił. Premiera się odbyła. Ale ja wiedziałem, że tym przedstawieniem żegnam się z Polską. Za trzecim podejściem dostałem paszport.
Czy trudno było panu zasymilować się w nowej społeczności?
Co naprawdę znaczy życie na emigracji może wiedzieć tylko emigrant. Czasami nie starcza słów, czasami nie starcza sztuki, by przekazać całe to piekło, przez które musiał przejść każdy z nas. Jestem przekonany, że nie ma znaczenia, czy to było przed wiekiem, przed dwoma, czy teraz, to piekło się nie zmienia i nie zmieni się nigdy. Ja tego piekła nie wytrzymałem. Potrzebne mi były dwa lata po odzyskaniu pół wolności przez Polskę, by podjąć decyzję powrotu do kraju.
Wróciłem w 1991 roku. Założyłem prywatny teatr. Skończyło się skandalem. Wykończył mnie nasłany manager. Postanowiłem wrócić do Niemiec. Zanim jednak wyjechałem, napisałem wiele listów do dyrektorów teatrów. Nikt nie raczył mi nawet odpowiedzieć.
Cudem otrzymałem propozycję od salezjanów wyreżyserowania scenariusza pasji Wojciecha Jesionki pt. "Dies irae" na krakowskiej Scenie Salezjańskiej. To Wojtek zza grobu dał mi szansę, umierając kilka dni po napisaniu scenariusza. Pracowałem dla salezjanów do 2000 roku, dojeżdżając z Niemiec i rokrocznie wznawiając i ciągle ulepszając pasję. Uwieńczeniem tej pracy był I Międzynarodowy Festiwal Widowisk Pasyjnych "Pasja 2000" w Krakowie, którego byłem dyrektorem artystycznym. Zrealizowałem też na tej scenie między innymi jeszcze raz "Hioba" i "Zapiski więzienne". Ta wspaniała wielka przyjaźń z salezjanami została do dzisiaj. To ona daje mi moc, by trwać dalej tu, na emigracji.
Przesiąknięty salezjańskimi ideami wróciłem w 1993 roku do Niemiec. Budowałem przyszłość mądrzejszy o przeszłość. Wszystko szło łatwiej. Salezjanie modlili się za mnie, czułem ich moc i opiekę. I znów łut szczęścia. Na jedną z premier "Dies irae" pojechało ze mną do Krakowa dwóch niemieckich burmistrzów i dziennikarz. Zobaczyli oni, jakim szacunkiem i miłością otaczają mnie salezjańscy aktorzy. To wystarczyło, by Niemcy mi zaufali. I otworzyli drzwi dla polsko-niemieckiej wymiany kulturalnej, którą prowadzę razem z nimi od 1995 roku.
Na początku tej pracy wysyłałem zaproszenia na organizowane wystawy polskich artystów do polskiego konsulatu w Monachium. Naiwny sądziłem, że placówki dyplomatyczne III RP zainteresują się naszymi działaniami. Do dzisiaj nie otrzymałem odpowiedzi. Przestałem je więc wysyłać.
Jak obudził się w panu pisarz?
Może za często narzekamy na swój los. Może zbyt mocno boimy się złych dni. Bo przecież jest tak, jak pisał ksiądz Twardowski: "Gdy Bóg zamyka drzwi, otwiera okno". To okno to moje pisarstwo. Stałem się pisarzem przez przypadek. Pewnie coś we mnie wtedy było i gdzieś musiało znaleźć ujście. Nie miałem sceny, ale miałem komputer, a czasami kartkę papieru i długopis. To było tak dawno. Teraz piszę już piątą książkę.
Jakie są losy pańskiej książki w Polsce i Niemczech?
I znowu łut szczęścia. Miałem napisanych zaledwie dziesięć stron "Listu-Dziennika", dałem je do przeczytania mojemu wielkiemu przyjacielowi poecie Henrykowi Cyganikowi, to właśnie on dał mi siłę, moc i wiarę, by pisać dalej. W Polsce książka przeszła bez echa. Wydawca co prawda wysłał ją do wszystkich ważniejszych bibliotek, ale media ją przemilczały. I to mi pomogło. Postanowiłem zacząć walczyć.
I znowu łut szczęścia. Znalazłem właściwego wydawcę, pana Stefana Fessela-Wenza. W 2004 roku wydaje mój dziennik pt. "Kreuzfeuer" w swoim wydawnictwie Medu-Verlag z prezentacją na Międzynarodowych Targach Książki we Frankfurcie nad Menem. Przyznaję, że zawróciło mi się w głowie, ale nie oszalałem. Do tego jeszcze wspaniałe recenzje w "Wienner Zeitung" i "Halt" . Nie miałem wyjścia. Musiałem pisać dalej.
Napisałem "Mgłę". Polskie wydawnictwa nią się nie zainteresowały. Pan Wenz wydał ją w 2007 roku pt. "Der Nebel". Z premierą również na Międzynarodowych Targach Książki we Frankfurcie 2007. Napisaliśmy razem "Anię i Wojtka. Blog" i "Anię i Wojtka. Postscriptum". Krakowskie Wydawnictwo Literackie nie zdecydowało się na ich wydanie. Wyda je pan Wenz w Medu-Verlag. To właśnie jest los polskiego pisarza emigracyjnego. Często zadaję sobie pytanie, dlaczego na drodze życia innych emigracyjnych pisarzy nie stanął pan Wenz. Czym ja sobie na to zasłużyłem?
Jak doszło do budowania prywatnego teatru Legion? Jaką rolę ma on do spełnienia?
To samotność zmusiła mnie, bym stał się pisarzem, ale przecież jestem przede wszystkim człowiekiem teatru. W ciężkich chwilach zostają tylko najbliżsi i najwierniejsi przyjaciele. To właśnie z nimi postanowiłem zbudować teatr, który jest tak bardzo inny od wszystkiego, co można zobaczyć na polskich scenach. To właśnie z nimi buduję miejsce, gdzie słowa innych pisarzy emigracyjnych ożywiają na scenie aktorzy teatru Legion. Wszyscy myślimy podobnie, odczuwamy podobnie i podobnie rozumiemy naszą odpowiedzialność wobec wszystkich wykopanych z Ojczyzny.
Czy świadomie postawił pan w teatrze Legion na młodzież?
Tak to już jest, że każdy z artystów chce po sobie coś pozostawić. Ja mam to szczęście, że moje książki choć o te kilka dni mnie przeżyją. Ludzie teatru pozostają tylko we wspomnieniach lub opracowaniach o teatrze. Ich spektakle umierają wraz ze zdjęciem ich z afisza. Ale i nas, ludzi teatru, musi ktoś wspominać żywym słowem. Wiem, że tymi ludźmi będzie nasz młody zespół aktorski. Może mówi przeze mnie znowu tak bliska mi "salezjańskość", a "salezjańskość" to przede wszystkim wychowanie. W Legionie uczymy nasz zespół nie tylko zawodowego teatru, ale i wychowujemy ich, tak jak chciał święty Bosko, na dobrych chrześcijan i uczciwych obywateli.
Nie wiem, dokąd dojdziemy z naszym teatrem. Związaliśmy się z Kórnikiem i występujemy na Zamku ostatniego jego gospodarza Władysława hrabiego Zamoyskiego, którego ród tyle zrobił dla polskiego wychodźstwa.
Rodakpress, marzec 2007
"Poszukiwania"
Czego tu szukasz, mała dziewczynko z kokardką?
Twoja bajka dzieciństwa straciła oparcie i wątek.
Po londyńskim bruku stąpa niepewnie
bez dalszego ciągu,
przywołując byłe niebyłe.
Czego tu szukasz, zabłąkana melodio młodości?
Może pamięta cię jeszcze bulwar nad Wisłą
i kazimierzowski rynek.
Czy potrafią cię jeszcze zanucić odległe wspomnienia
planów na życie?
Czego tu szukasz, bólu pamięci?
Błądzisz po znanych lekturach i listach
na tropie zdradzonych słów.
Czekasz na dopełnienie niezamkniętej
historii wspomnień.
Dlaczego wróciła pani do Polski?
Bo moje miejsce jest w ojczyźnie. Mój mąż Zbigniew po oddaniu przez prezydenta Kaczorowskiego symbolu władzy prezydentowi Wałęsie postanowił również cały swój potencjał skumulować w wolnej Polsce. Jego decyzja była decyzją stricte polityczną, bo był on emigrantem politycznym od chwili przyjazdu do Anglii po wojnie z armią generała Andersa.
Jak długo mieszkała pani w Londynie?
Kilkanaście lat. Wyjechałam w 1978 roku na fali panującego wtedy zniechęcenia. Nie była to jakaś w pełni świadoma decyzja polityczna, niemniej pracowałam w Wydawnictwie Lubelskim i przeżywałam wszystkie rozterki, jakie młody intelektualista w Polsce przeżywać musiał.
W Londynie pracowała pani przez dziesięć lat w Katolickim Ośrodku Wydawniczym Veritas.
Tak i jestem z tego bardzo dumna. Miałam tam zaszczyt pracować ze wspaniałymi ludźmi. Jednym z nich był nieżyjący już pan Wojciech Dłużewski, który był sercem tego Ośrodka, oraz kontynuujący misję red. nacz. prof. Zdzisław Wałaszewski, jak również dyrektor Ośrodka Tomasz Wachowiak. Pracowaliśmy w nim dla zachowania historii Polski w nieskalanym przez cenzurę kształcie. Ośrodek wydaje publikacje książkowe, głównie o tematyce historycznej i religijnej i tygodnik "Gazetę Niedzielną", w której pracowałam przez kilka lat. Veritas do dziś dnia skupia wokół siebie nie tylko intelektualistów polskich z Zachodu, ale również był bazą polskiej opozycji, jak też środowiska Katolickiego Ośrodka Lubelskiego.
Skąd Polonia angielska ma pieniądze na prowadzenie swojej działalności?
Polska polityczna emigracja nie dorobiła się wielkich majątków, ale zgromadziła swego czasu obiekty, co oznacza, że wszystkie ośrodki polskie są również polskimi budynkami. Prawie każda dzielnica w Londynie ma polski kościół, a przy nim ośrodek typu klub seniora lub polską szkołę w budynku, który jest własnością Polonii, jak choćby na Ealingu czy Balham. Veritas też pobiera czynsz za swoją kamienicę. Polskim ośrodkiem skupiającym największą ilość organizacji (m.in. Zjednoczenie Polskie w Wielkiej Brytanii, Stowarzyszenie Polskich Kombatantów, Polską Macierz Szkolną, Koło Lwowian, Polski Uniwersytet na Obczyźnie, Księgarnię Polską) jest Polski Ośrodek Społeczno-Kulturalny w dzielnicy Hammersmith. Jest to całkowicie polskie miejsce, tętniące życiem, z kawiarenkami, restauracjami, salami balowymi czy konferencyjnymi, salą wystawową oraz sceną teatralną.
To znaczy, że Polonia angielska jest wolna od nacisków, bo ma niezależność finansową.
Tak. Dzięki temu polskie ośrodki w Anglii są pozbawione wpływów krajowych, bo ojczyzna nie miała na to nigdy dostatecznej ilości pieniędzy, zresztą nikt od niej tego nie oczekiwał. To raczej emigracja jej pomagała i czyni to dalej pracując dla niej w Anglii społecznie.
Przez wiele lat była pani sekretarzem generalnym Polskiej Macierzy Szkolnej.
W Anglii prawnie jest uznana wielokulturowość i dlatego polskie dzieci mieszkające w Anglii nie wynaradawiają się. Starania Macierzy doprowadziły do tego, że młodzież angielska może polski język traktować na równi z innymi przedmiotami i może mieć z niego stopień na angielskim świadectwie. Dzięki temu młodzi Polacy mają doping do uczenia się ojczystego języka. Macierz wydawała podręczniki o Wilnie, o Lwowie i o drugiej wojnie światowej, by polska młodzież poznała historię swojej ojczyzny bez zafałszowań.
To znaczy, że Anglia nie dopuszcza do wynaradawiania się Polaków.
Można powiedzieć, że sprzyja temu, by zachowywać własną tożsamość. Moja córka skończyła również polską szkołę sobotnią na Balham w Anglii i gdy przyjechała do Polski znała dobrze te polskie tradycje, które powoli zanikają w kraju. Właśnie na to kładzie się tam w polskich szkołach szczególny nacisk.
Założyła pani razem z panią Anną Marią Grabanią Teatr Małych Form.
Był to prywatny mały teatr, który miał za zadanie promowanie twórczości emigracyjnej, bardziej literacki niż widowiskowy. Między innymi zrobiłyśmy prapremierę bardzo mało znanej w Polsce pisarki pani Beaty Obertyńskiej "Balladę o chorym księżycu".
Czy mieliście zawsze pełną widownię?
Nie tylko my, również Teatr dla Dzieci i Młodzieży Syrena, oraz Teatr Związku Artystów Scen Polskich, który działa w ramach Polskiego Ośrodka Społeczno Kulturalnego i jest prowadzony przez prezesa ZASP na emigracji panią Irenę Delmar. Pełna widownia była też na wszystkich spektaklach, które sprowadzano z Polski. Cała Polonia angielska dba o teatr popierając go i wspierając finansowo, bo służy on również jej integracji, a młodzieży daje dodatkową możliwość poznawania Polski.
O czym rozmawia Polonia angielska po przedstawieniach?
Oczywiście o Polsce.
Prawdziwego krzyku
nie słyszysz
jest schowany szczelnie
w nas
nocą zapala papierosa
Aleje 3, Nr 53/2000
Legion prowadzą:
Reżyser - Wojciech Kopciński - absolwent Wydziału Reżyserii Dramatu krakowskiej PWST, były kierownik artystyczny Teatru im. Adama Mickiewicza w Częstochowie. Autor książek: "List-Dziennik" (Wydawnictwo Literackie Abrys, Kraków 2000); "Kreuzfeuer" (Medu-Verlag, Dreireich neben Frankfurt/M 2004); "Der Nebel" (Medu-Verlag, Dreireich neben Frankfurt/M 2007). W przygotowaniu "Lusnok" (Medu-Verlag, Dreireich neben Frankfurt/M). Od 1987 mieszka w Altenkunstadt w Niemczech.
Scenarzystka - Anna Łazuka-Witek - absolwentka filologii polskiej Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Były redaktor Wydawnictwa Lubelskiego. W latach 1978-1991 w Londynie: pracowała w Katolickim Ośrodku Wydawniczym Veritas ("Gazeta Niedzielna"), w "Dzienniku Polskim", "Orle Białym". Były sekretarz Polskiej Macierzy Szkolnej w Wielkiej Brytanii. Wiceprzewodnicząca Rady Naczelnej Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego. Kierownik literacki Teatru Małych Form w Londynie. Autorka tomiku poezji "Żyjesz pomiędzy". Od 1991 mieszka w Polsce.
Scenografowie - Maria Gierczyńska - absolwentka Wyższej Szkoły Sztuki Stosowanej w Poznaniu, w 2002 otrzymuje nagrodę Prezydenta RP w konkursie na najlepszy dyplom. - Marian Panek - malarz, rysownik, scenograf, realizuje happeningi, instalacje, preformance. Studia na Wydziale Malarstwa ASP i w Studium Scenografii Teatralnej, Filmowej i Telewizyjnej ASP w Krakowie. Adiunkt na Akademii im. Jana Długosza w Częstochowie.
Choreografowie - Rusłan Curujew - choreograf i baletmistrz, absolwent Instytutu Sztuki Teatralnej, Wydział Reżyseria Baletu, w Moskwie - Joanna Tokarska - była tancerka Kieleckiego Teatru Tańca, studentka Akademii Świętokrzyskiej w Kielcach.
Przygotowanie wokalne - Anna Kilarska - wokalistka, studentka Akademii Muzycznej w Poznaniu, Wydział Dyrygentury Chóru. - Ilona Szczepańska - wokalistka, studentka Akademii Muzycznej w Krakowie, kierunek Edukacja Artystyczna w Zakresie Sztuki Muzycznej.
Muzycy - Bettina Arnold - gitarzystka i wokalistka, kierowniczka Aktorsko-Muzycznej Kuźni Talentów "Musicus" Burgkunstadt/Niemcy. - Małgorzata Hołtra - laureatka konkursu pianistycznego Milosz-Magin, Paryż 1996. Studentka Uniwersytetu Humboldta w Berlinie. - Tomasz Kilarski - wokalista, gitarzysta, psycholog. Od 2004 gra główne role w naszych spektaklach. - Magdalena Mirowska - pianistka, pedagog, absolwentka Akademii Muzycznej we Wrocławiu, Wydział Dyrygentury. - Andrzej Saks - gitarzysta, absolwent Akademii Muzycznej im. K. Szymanowskiego w Katowicach. - Jacek Stabrawa -
pianista, student Akademii Muzycznej w Krakowie, Wydział Instrumentalny.
Opiekun duchowy - ks. Klaudiusz Soboń - salezjanin, psycholog. Od 2004 gra główne role w naszych spektaklach.
Zespół Legionu:
Johanna Arnold (Gimnazjum, Lichtenfels/Niemcy), Sarah Arnold (studentka pedagogiki FOS, Coburg/Niemcy), Ilona Błaszczak (studentka pedagogiki, Uniwersytet Opolski), Katharina Braun (studentka pedagogiki FOS, Coburg/Niemcy), Artur Buda (uczeń Gimnazjum w Kórniku), Agnieszka Chruściel (absolwentka LO, Opole), Paulina Chudzińska (wokalistka kórnicka), Anna Dziedzic (studentka Akademii Muzycznej, kierunek Edukacja Artystyczna w Zakresie Sztuki Muzycznej, Kraków), Katarzyna Filipowska (studentka Uniwersytetu w Opolu), Robert Jankowski (filozof, absolwent Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, Poznań), Anna Jarmuszkiewicz (uczennica Gimnazjum, Poznań), Piotr Jarzyna (absolwent LO, Kielce), Roman Jasiński (kórnicki bard), Adam Józefczyk (absolwent resocjalizacji Akademii im. Jana Długosza w Częstochowie), Łucja Kałamarz (studentka Uniwersytetu w Opolu), Jonas Kneipp (gitarzysta, student gospodarki FOS, Kulmbach/Niemcy), Wiktor Korzeniowski (student PWST w Krakowie, Wydział Estradowy), Cecylia Kundera (studentka psychologii, UJ Kraków), Emilia Kuterasińska (adeptka Kieleckiego Teatru Tańca, studentka pedagogiki Akademii Świętokrzyskiej, Kielce), Nina Labocha (studentka polonistyki UJ Kraków), Klaudia Laś (uczennica Gimnazjum, Kórnik), Franceska Lind ( Gimnazjum, Bremen/Niemcy), Marta Łakomiec (studentka pedagogiki, Akademia Świętokrzyska, Kielce), Kamil Łapaj (student filozofii, Uniwersytet Opolski), Ela Marczyk (absolwentka LO, Opole), Anna Nałęcz-Mikulska (studentka Akademii Muzycznej w Krakowie, wiolonczela), Katarzyna Nowaczyk (absolwentka LO, Kórnik), Marta Pawlaczyk (uczennica Gimnazjum, Kórnik), Izolda Pietrusiak (studentka ASP, Wydział Rzeźby, Wrocław), Adrianna Przybył (uczennica Gimnazjum, Kórnik), Ela Rząca (studentka polonistyki i psychologii MISH na UW), Dagmara Siekierska (uczennica Gimnazjum, Kórnik). Paweł Skoczylas (student Akademii Muzycznej w Krakowie, kierunek Edukacja Artystyczna w Zakresie Sztuki Muzycznej), Olga Stadnicka (uczennica LO, Opole), Bartosz Stanisławski , Paweł Turzański , (studenci Policealnej Szkoły Aktorskiej ART-PLAY w Katowicach), Paweł Świder (absolwent LO, Opole), Barbara Tokar (uczennica LO, Opole), Magdalena Wiącek (studentka Wyższej Szkoły Zarządzania i Administracji, Opole), Grażyna Wielgus (wrocławski kabaret Lataż), Joanna Woźnicka (studentka PWST w Krakowie, Wydział Aktorski), Zuzanna Zięta (uczennica Gimnazjum, Kórnik), Joanna Żyto (uczennica Gimnazjum, Kórnik).
Współpracują z nami:
Anna Deręgowska-Libicka - absolwentka Szkoły Baletowej w Poznaniu. Pierwsza tancerka Opery Poznańskiej. Tańczyła tytułowe partie w baletach w choreografii m. in. Conrada Drzewieckiego i Teresy Kujawy.
Prof. Leszek Kułakowski - jazzman, pianista, kompozytor, profesor na Akademii Muzycznej w Gdańsku. Płyta roku 2000 "Eurofonia".
Andrzej Skiba - aktor, wokalista, absolwent Wydziału Wokalno-Aktorskiego przy Akademii Muzycznej we Wrocławiu.
Artystyczna droga Legionu
Jubileusz dziesięciu prapremier Stowarzyszenia Teatralnego Legion to okazja do krótkiej prezentacji naszej artystycznej drogi. Jej początkiem była praca nad budowaniem zespołu, prowadzona od sierpnia 2002, przez mieszkającego w Niemczech reżysera i pisarza, Wojciecha Kopcińskiego. Do udziału w corocznych warsztatach z uzdolnioną młodzieżą zapraszał on przyjaciół-artystów, do których zaczęli dołączać i dołączają inni twórcy zarażeni metodami pracy i realizowanym repertuarem. Jak również młodzież, która od pierwszego spotkania pozostaje nam wierna, podążając naszym śladem, i której stale przybywa.
Naszym bowiem głównym celem jest artystyczny rozwój młodzieży pod kierunkiem grupy profesjonalistów. Skupiamy wokół siebie uzdolnioną młodzież z całej Polski (studentów z wyższych szkół artystycznych z Krakowa oraz studentów z Częstochowy, Kielc, Opola, Poznania, Warszawy, Wrocławia), z Niemiec i terenu Gminy Kórnik. Najcenniejszą nagrodą za naszą pracę jest fakt, że tak wielu członków Zespołu dostaje się na wyższe uczelnie artystyczne. Legion integruje młodzież europejską poprzez sztukę, a na warsztatach uczestnicy mają możliwość konwersacji w języku niemieckim i angielskim. Legion to grupa, która każdorazowo sprawdza się artystycznie i zawodowo, mimo wielu trudności na swej drodze, m.in. brak własnej sceny i obciążające nas koszty noclegów.
Od czerwca 2004 Zespół zaczyna pokazywać swoje spektakle w Polsce i Niemczech. Od lutego 2005 Legion wiąże się z Kórnikiem, realizując tu coroczne sierpniowe warsztaty i wystawiając swoje premiery na gościnnym kórnickim Zamku, a kierunek repertuarowy określa Anna Łazuka-Witek.
W lutym 2007 rejestrujemy Stowarzyszenie Teatralne Legion z władzami:
Anna Łazuka-Witek prezes
Wojciech Kopciński wiceprezes
Tomasz Kilarski skarbnik
Maria Gierczyńska sekretarz
Marian Panek członek Zarządu
Lucyna Pepel przewodnicząca Komisji Rewizyjnej
Wielką pomoc w tworzeniu zespołu okazuje ze strony polskiej Anna Deręgowska-Libicka , wspomagana przez swe uzdolnione dzieci, Pię, Anusię, Filipa i Piotra, oraz Męża Marcina, nie tylko w zakresie choreografii i tańca, ale również organizacyjnie. Pierwszy niemiecko-polski koncert Legionu "Wspomnienie" miał miejsce na gościnnych salonach Państwa Libickich. Tomasz Kilarski , odtwórca wielu głównych ról, od pierwszej prapremiery wspiera Legionowe projekty. Ze strony niemieckiej Bettina Arnold , gitarzystka, wokalistka i pedagog oraz Gmina Altenkunstadt. Stowarzyszenie zaczyna otrzymywać dotacje od Gminy Kórnik, Fundacji Zakłady Kórnickie, wsparcie ze strony Biblioteki Kórnickiej PAN i pracowników kórnickiego Zamku, a do Zespołu dołącza coraz więcej kórniczan.
W doborze tekstów Stowarzyszenie Teatralne Legion opiera się na własnych scenariuszach autorskich nie powielających repertuaru scen zawodowych, kierując się polską historią i tradycją. Podkreślanie roli dawnych właścicieli Zamku kórnickiego w historii i kulturze Polski wpisane zostało do statutowych celów Stowarzyszenia, jak również wypełnianie luki w kulturze narodowej o zapomnianą lub marginali- zowaną literaturę emigracyjną i jej twórców.
Obiektem jednak szczególnej troski Stowarzyszenia stanowi uzdolniona młodzież i jej artystyczny rozwój. Szkolimy warsztat i wrażliwość artystyczną młodzieży pod okiem mistrzów, będących zarówno nauczycielami, jak też scenicznym drogowskazem. Dajemy cały wachlarz teatralnych możliwości: od monodramu, sceny faktu, groteski, sztuk kameralnych do sztuk wieloobsadowych, z tańcem, muzyką i śpiewem (czterojęzyczne Misterium Pasyjne, z którym apostołujemy w Europie), koncertów polsko-niemieckich, wieczorów literackich.
Anna Łazuka-Witek
"Moja rzeczywistość już nigdy nie będzie szara"
Fragmenty z blogu Legionowców:
- Wczoraj jak zwykle przeżyłam "szok powrotowy"... nikt nie czuje tego klimatu i nie mam się z kim cieszyć.
- Chyba dalej bez Was nie wyrobię ...
- Kurde... ja chcę Was wszystkich tu, natychmiast!
- Wolę mieć co chwilkę próbę i chodzić co jakiś czas po tych samych kilku uliczkach w Kórniku...
- Zamęczam mamę tekstami: Przez ostatnie 2 tygodnie o tej porze to miałam próbę. Dziękuje wam za wszystko! Moja rzeczywistość już nigdy nie będzie szara.
- Nadal żyję kórnickim trybem życia!
- Chcę Was wszystkich tu, natychmiast!
- Też mi tęskno.
- Brak mi waszej gitary... to były chyba czarry marry...
- Chcę do Kórnika!!! Ja się chyba powoli uzależniam...
Celem Stowarzyszenia jest:
1. Upowszechnianie i propagowanie twórczości emigracyjnej oraz sylwetek jej twórców.
2. Działania na rzecz pogłębiania wiedzy o wkładzie emigracji polskiej w kulturę polską i innych narodów.
3. Działania na rzecz wymiany kulturalnej Polonia - Ojczyzna - kraj osiedlenia.
4. Współpraca z instytucjami powołanymi do działań na rzecz emigracji/Polonii.
5. Upowszechnianie wiedzy o dziejach emigracji i Polonii polskiej.
6. Pomoc twórcom kultury mieszkającym poza granicami Ojczyzny.
7. Budowanie więzi Polonia - Ojczyzna na polu kultury.
8. Propagowanie współpracy kulturalnej w ramach integracji europejskiej.
9. Działania na rzecz zachowania dla przyszłych pokoleń polskiej historii, kultury i tradycji.
10. Tworzenie płaszczyzny wymiany pomiędzy ludźmi i instytucjami zainteresowanymi rozwojem i promocją kultury.
11. Inicjowanie oraz wspieranie rozwoju kulturalnego gminy Kórnik.
12. Promocja i wspieranie artystycznie uzdolnionej młodzieży.
13. Doprowadzenie do powołania teatru Legion i dbałość o jego dalszy rozwój.
Stowarzyszenie realizuje swoje cele poprzez:
1. Animację działań kulturalnych, organizowanie koncertów, warsztatów teatralnych, opracowywanie projektów kulturalnych.
2. Promowanie osiągnięć twórców objętych opieką Stowarzyszenia.
3. Wystawianie sztuk teatralnych promujących: twórczość emigracyjną; Kórnik i jego historię.
4. Udzielanie pomocy twórcom emigracyjnym i twórcom lokalnym w realizacji ich projektów artystycznych.
5. Udzielanie pomocy artystycznie uzdolnionej młodzieży.
6. Popularyzację wiedzy i podnoszenie kwalifikacji zawodowej wśród członków Stowarzyszenia.
7. Popularyzację historii i teraźniejszości miasta Kórnika; promocję Zamku i jego rodów.
8. Opracowywanie twórczości emigracyjnej i jej popularyzację w szerokim zakresie (media, prelekcje, konferencje).
9. Gromadzenie środków finansowych i dóbr materialnych służących osiągnięciu celów statutowych.
W realizacji naszych celów spotkaliśmy się ze zrozumieniem i wsparciem pracowników kórnickiego Zamku i Biblioteki Kórnickiej PAN: dyrektorów prof. Stanisława Sierpowskiego, prof. Tomasza Jasińskiego i mgr. Tadeusza Chwalnego. Szczególne podziękowania z naszej strony należą się panu kierownikowi Leszkowi Grześkowiakowi oraz pani Maryli Jańczyk za gotowość do wszelkiej pomocy w trakcie naszych prób i występów na Zamku.
Życzliwość i pomoc ze strony Gminy Kórnik okazał naszej pracy Burmistrz Jerzy Lechnerowski oraz Hieronim Urbanek z zawsze uśmiechniętą do nas Małżonką.
Fascynacja postacią Władysława hr. Zamoyskiego to wspólny mianownik naszych kontaktów z Fundacją Zakłady Kórnickie, wspierającą naszą artystyczną działalność. Szczególne podziękowania pragniemy złożyć prezesowi mgr. inż. Kazimierzowi Grzesiakowi oraz członkom Zarządu: dr. Zbigniewowi Kaliszowi i mgr Grażynie Pietrzak.
Informowanie opinii publicznej o naszych występach zawdzięczamy redaktorom naczelnym: Łukaszowi Grzegorowskiemu z "Kórniczanina", Jędrzejowi Danielowi z "Magazynu Kórnickiego", Mirosławowi Rymarowi z Rodakpress oraz redaktorowi Andrzejowi Warchałowskiemu za sfilmowanie Misterium Pasyjnego "Leiden".
Nie możemy tu nie wspomnieć o pomocy, jaką otrzymujemy ze strony Gminy Altenkunstadt w Niemczech, w osobach życzliwego dla Polaków Burmistrza Georga Vonbrunna i jego sekretarki uczynnej pani Helgi Raab.
Oczywiście wiele, wiele osób okazało nam swoje poparcie i pomoc ze strony: urzędników Gminy Kórnik (panie Lucyna Pepel i Ewa Madalińska-Soczyńska), Rodziców naszych podopiecznych (panie Zięta i Żyto, państwo Budowie), władz kościelnych, dyrekcji kórnickich szkół, społeczników i ludzi dobrej woli (pani Alina Staniecka-Wilczak z Mężem) oraz naszych widzów, których przybywa nam z każdą premierą.
Dziękujemy Legionowej młodzieży za zapał, talent, pasję i świeżość spojrzenia na sztukę oraz gotowość do przyjmowania coraz trudniejszych wyzwań.
Repertuar:
"Anioł w knajpie" Beaty Obertyńskiej . Scenariusz Anna Łazuka-Witek , reżyseria Wojciech Kopciński , scenografia Marian Panek , choreografia: Marta Kula , Magdalena Owczarek , Izolda Pietrusiak , Elżbieta Rząca . Prapremiera 12 luty 2005, Zamek w Kórniku.

Beata Obertyńska - córka młodopolskiej poetki Maryli z Młodnickich Wolskiej i inżyniera Wacława, wzrastała Beata z czworgiem rodzeństwa w atmosferze domu wyjątkowo żywo zaangażowanego w kulturalny nurt ówczesnej Galicji. Dom Wolskich był Mekką wszystkich późniejszych znakomitości ze świata sztuki: Staffa, Porębowicza, Pawlikowskich, późniejszego Brata Alberta. To młodopolskie środowisko, koturnowe i celebrujące poezję romantyczną oraz poetów wieszczów, było tłem dzieciństwa urodzonej w r. 1898 w Storożce, koło Skolego, Beaty Wolskiej, ulubionej wnuczki Wandy Monné, narzeczonej Grottgera. Ona to zajęła się edukacją prywatną zdolnego dziecka, które chłonęło i atmosferę domu, i naukę w sposób zdumiewający. Debiut Poetki z r.1924, od sześciu lat zamężnej już wówczas Pani Beaty Obertyńskiej, może najbardziej zaskoczył matkę, Marylę Wolską!
Życie na wsi, na dworze w Odnowie, około 20 km od Lwowa, kontakt codzienny z ludem, lektura, refleksje, dobrobyt, pisanie ambitne wymagające od siebie perfekcji formy i dokładności myśli, skłaniały Poetkę do badań nad językiem i folklorem polskim.
Pobyt nie był beztroski; nękającym uczuciem bólu było niespełnione macierzyństwo, niespodziewana śmierć w r.1937 męża, Józefa Obertyńskiego, i już niebawem, bo we wrześniu 1939 r., opuszczenie Odnowa na zawsze. Rok 1940 przyniósł uwięzienie Autorki w Brigidkach, potem koszmarny los więźnia przerzucanego z jednego do drugiego miejsca odosobnienia. Etapem ostatnim było zesłanie na Workutę, gdzie słaniająca się z wyczerpania Beata Obertyńska potrafi jeszcze, jak ów artysta z wiersza Norwida ,,Fatum", patrzeć na Ural grzbietem zębatym wsparty w nieboskłony - bez nienawiści.
Gehenna kraju niewoli skończyła się dla Beaty Obertyńskiej wiosną roku 1943, kiedy z Armią Polską gen. Andersa została wyewakuowana do Persji. Stamtąd drogą przez Środkowy Wschód i, na krótko, przez Afrykę dociera do Anglii, aby spisać przeżycia ludności polskiej w tej strasznej ziemi w książce "W domu niewoli". W końcu, po zakończeniu wojny, osiedla się w Londynie przy rodzinie swej siostry, Leli Pawlikowskiej, znanej portrecistki i malarki. Przez następne 30 lat swego życia, pracując w administracji Katolickiego Ośrodka Wydawniczego Veritas w Londynie, tworzy przy tym dzieło znakomite w warunkach typowych dla emigrantów polskich po 1945 r. - w jednym pokoiku z palnikiem gazowym za całą kuchenkę!
Odwiedziłem Panią Beatę w Jej pomieszczeniu na poddaszu we wczesnych latach 70-tych, i do dziś mam w oczach widok z czwartego piętra na morze dachów i, tu i ówdzie, czubki wysokich platanów. Jak mogła ona w tej dziupli, do której szło się niekończącymi się stopniami klatki schodowej, tworzyć rzeczy przepiękne, pozostało Jej tajemnicą.
Były to lata ciche, z rzadka tylko znaczone przerywnikami nagród literackich, wieczorów poezji, na których Beata Obertyńska zachwycała słuchaczy artyzmem swych recytacji, była bowiem po szkole artystycznej i trochę występowała na scenie lwowskiej. Ukazywały się też Jej dzieła, z reguły recenzowane entuzjastycznie w prasie emigracyjnej, odbył się też jeden wypad do Stanów Zjednoczonych. Poetka uznana na emigracji, drukowana, omawiana nawet na seminariach PUNO (Polskiego Uniwersytetu na Obczyźnie w Londynie), stęsknionym uchem czekała na głosy z Kraju, ale te prawie zupełnie ogłuchły. Niewątpliwie cierpiała z tego powodu, ale wiedziała, że składała do skarbnicy literatury i kultury polskiej, na potem, swe kunsztowne obrazki Ojczyzny, odbite na ekranach pamięci. Bo trzeba wiedzieć, że prawie zawsze Jej serce było w Polsce, a oczy Jej z wysokiego poddasza londyńskiej metropolii kontemplowały nie dachy, lecz okolice Storożki, Lwowa, Odnowa, ziemi, do której przylgnęła jak upadła kromka chleba posmarowana miodem, której oderwać się już nie da, jak sama mówi.
W pogodny dzień 21 maja 1980 r. poniesiono jej trumnę na cmentarz North Sheen w południowym Londynie, wzniesiono kamienną płytę. Pragnęła, aby obok słowa Poetka było słowo: Żołnierz WP, gdyż epitet ten dla niej miał wartość symbolu. Nosiła mundur wojskowy przez wiele lat, i całe Jej życie emigracyjne było protestem przeciwko decyzjom jałtańskim, które pozbawiły ją szansy powrotu do ukochanych stron.
Redaktor Katolickiego Ośrodka Wydawniczego Veritas w Londynie
prof. Zdzisław Eugeniusz Wałaszewski
Stowarzyszenie Teatralne Legion podjęło się wystawienia "Anioła w knajpie" Beaty Obertyńskiej, poszerzonego w moim scenariuszu o jej wiersze religijne z tomiku "Grudki kadzidła" oraz wiersze z tomu "Miód i piołun". Udało nam się to, co najważniejsze: wpisanie losów pani Beaty - beztroskiego dzieciństwa i młodości, straszliwych przeżyć zsyłki poza kręgiem polarnym, radości z odzyskanej wolności w mundurze żołnierza polskiego, londyńskiej emigracji - w jej tekst "Anioła w knajpie". Tak jak koniec lwowskiego świata i knajpy "Rialto" symbolicznie był końcem beztroskich dni pani Beaty i większości lwowiaków. Dalej przeżycie "Śmierci domu": Wszystko w jednym skończyło się wstrząsie/ wszystko życie na kopytach rozniosło/ jeszcze resztki na gazonie tlą się.../ Z krzywd najcięższa, kamienna, żelazna/ dokonała się tutaj w jej oczach/ śmierć gniazda. Dalej apostrofa do pamięci: Zrozum... Ci tutaj w ziemie wrośnięci/ to przyczajone korzenie... Dalej modlitwa pokolenia: Od głodu/ od pochodów/ od deszczu/ od wszy/ od powietrza na wichrze wskos prutego twarzą/ od ognia - kiedy nocą odejść ci go każą/ od tajgi, co do kolan moczarem namaka/ od urwanej podeszwy/ od skradzionego chlebaka/ - wybaw nas, Panie! I stale modlitwa. Udało się to, co tak istotne w twórczości Beaty Obertyńskiej: oddanie sakralnego charakteru jej poezji. Ducha jej twórczości: rozpoznawania człowieka w jego relacjach z Sacrum. Niejednemu z widzów zmagających się z własnym Aniołem może otworzył duszę dialog Anioła z Szatnym: Ludzie są biedne, panie, bardziej biedne niż gorsze. Wyglądało na to po polskiej prapremierze tej sztuki.
Spełniliśmy jako zespół swoje zadanie. Prysł i rozwiał się dystans do twórczości pani Beaty. Dopilnowały tego opiekujące się nami Anioły rodem z poetyckiej wizji. I może to one sprawiły, że testament Beaty Obertyńskiej z wiersza "Kiedyś":
A - jako radość mi największa -
co stąd w pamięci zostanie?
- To całe moje - pożal się Boże! -
To całe moje pisanie...
uniosła niczym na anielskich skrzydłach, lekko i z polotem, wrażliwa i zdolna polska młodzież.
Orędownikiem i wydawcą twórczości pani Beaty jest Katolicki Ośrodek Wydawniczy Veritas w Londynie, z nieocenionym w tym względzie redaktorem "Gazety Niedzielnej" prof. Zdzisławem Wałaszewskim. Ośmielę się porównać jego rolę w popularyzowaniu dzieł pani Beaty do roli Zenona Przesmyckiego [Miriama] dla twórczości Norwida. Dzięki niemu wpadły mi w ręce unikatowe wprost wydania miniatur scenicznych pani Beaty "Anioł w knajpie" i "Ballada o chorym księżycu". Obie wystawione były wówczas w POSKu przez Teatr Małych Form, który prowadziłam wtenczas wspólnie z Anną Marią Grabanią.
Po wyjeździe z Londynu do Polski ze zdziwieniem skonstatowałam, że twórczość pani Beaty jest nadal zupełnie nieznana i dociera zaledwie do elitarnego grona polonistów. Może to jeszcze pokłosie komunistycznej cenzury i zemsty za będącą na indeksie książkę "W domu niewoli". Ona to właśnie wywołała patologiczny ostracyzm u komunistów, wymierzony w Jej dzieła, który przetrwał aż do lat osiemdziesiątych. Aczkolwiek zmowa milczenia zastosowana względem Beaty Obertyńskiej w komunistycznej Polsce okazała się skuteczna, na emigracji ukazywały się Jej dzieła dość systematycznie prawie wyłącznie w Katolickim Ośrodku Wydawniczym Veritas:
"W domu niewoli", wspomnienia. "Anioł w knajpie", poemat. "Perły", wiersze. "Ballada o chorym księżycu", poemat. "Miód i Piołun", poezje. "Plebania, której nie było", poemat. "Grudki kadzidła", wiersze. "O królewiczu Samotku", bajka. "Ziarnka piasku", opowiadania. "Skarb Eulenburga", powieść.
Twórczość Beaty Obertyńskiej obecna jest w zbiorach Biblioteki Kórnickiej PAN.
Anna Łazuka-Witek
Gazeta Niedzielna, marzec 2004, Londyn
"Czarne kwiaty" Cyprian Kamil Norwid . Scenariusz Anna Łazuka-Witek , reżyseria Wojciech Kopciński , muzyka: Fryderyk Chopin, Jacek Stabrawa . Prapremiera 31 październik 2007, Zamek w Kórniku.

W " Czarnych kwiatach " Cyprian Kamil Norwid przywołuje swoje spotkania z wielkimi Polakami: Stefanem Witwickim, Fryderykiem Chopinem, Adamem Mickiewiczem, Juliuszem Słowackim, których odwiedził "w te dni przedostatnie". Umierali oni w Paryżu (oprócz Mickiewicza, który umarł nagle w Konstantynopolu), z dala od ukochanej Ojczyzny, osamotnieni, w gronie nielicznych najbliższych przyjaciół. Ich skromne pogrzeby były preludium do późniejszych honorów narodowych, jak również odkrycia ich wielkości na nowo przez "późnego wnuka".
Więc mniejsza o to, w jakiej spoczniesz urnie,
Gdzie? Kiedy? w jakim sensie i obliczu?
Bo grób Twój jeszcze odemkną powtórnie,
Inaczej będą głosić Twe zasługi,
I łez wylanych dziś będą się wstydzić,
A lać ci będą łzy p o t ę g i d r u g i e j
Ci, co człowiekiem nie mogli Cię widzieć...
(C. K. Norwid)
W to "powtórne odemknięcie grobu" wpisani są nasi wielcy Wieszczowie: Juliusz Słowacki, którego pochowano 5 kwietnia 1849 roku na cmentarzu w Montmartre ("Na pogrzebie - jak pisał Zygmunt Krasiński do Stanisława Małachowskiego - Mickiewicz się nie pokazał, tylko ze trzydziestu ziomków, lecz żaden nie przemówił"); w czerwcu 1927 roku sprowadzono jego prochy do Polski i złożono obok Mickiewicza w podziemiach Katedry na Wawelu. Zwłoki Adama Mickiewicza po nagłej śmierci 26 listopada 1855 roku w Konstantynopolu, po upływie kilku miesięcy przewieziono do Paryża i złożono na cmentarzu polskim w Montmorency; w roku zaś 1890 sprowadzono je na Wawel.
To nie są wiersze, poematy
I polonezy karmazynów:
To biblia, w której polskie światy
Z ojców przenoszą się na synów.
"Dziady", "Irydion", "Pan Tadeusz"
Lub "Kordian" - policz owe dzieła
I na pokoleń śpiew je przełóż -
Co w nich ci zagra? - Nie zginęła.
(Kazimierz Wierzyński, "Biblia polska", 1946)
W "powtórne odemknięcie grobu" wpisany jest również Cyprian Kamil Norwid. Dotknięty głuchotą ostatnie lata życia (1877 - 1883) spędził poeta w polskim przytułku dla emigrantów (Zakład Świętego Kazimierza) w Ivry koło Paryża, gdzie zmarł 23 maja. Już w połowie maja Norwid kładzie się do łóżka, dużo rozmyśla i często płacze, przed nikim jednak nie wynurza swoich cierpień. Przy łóżku poety siedzi najczęściej jego kolega zakładowy, Michał Zaleski, weteran Powstania Listopadowego. We wtorek, 22 maja, poeta uspokaja się. Wieczorem odwraca się do ściany i zasypia, szepcząc do Zaleskiego: "Przykryjcie mnie lepiej". Umiera we śnie nad ranem 23 maja.
Pogrzeb Norwida odbywa się w piątek, 25 maja, na małym cmentarzu w Ivry, gdzie zakupiono mu miejsce na pięć lat. Część papierów po zmarłym palą wkrótce potem podejrzliwe siostry miłosierdzia, to zaś, co ocalało, przekazują zamieszkałej w Paryżu rodzinie Dybowskich. Na wniosek Władysława Mickiewicza (syna poety), a za pieniądze Michaliny Zaleskiej z Grodna, w 1887 roku zwłoki Norwida - którym skończyła się już pięcioletnia koncesja na cmentarzu w Ivry - zostają ekshumowane, przeniesione w listopadzie na cmentarz w Montmorency i pochowane w polskim grobie zbiorowym (dyw. 3, rząd 9), pomimo jednak, że suma przesłana przez Zaleską (100 rs, czyli 300 fr.) wystarczała na zakup miejsca wiecznego (kosztującego 200 fr.), Komisja Grobów Polskich zakupuje dla nich, z niewiadomych powodów, jedynie miejsce czasowe na lat piętnaście. W 1904 roku Józef Skrochowski, sekretarz księcia Witolda Czartoryskiego w Paryżu, zaalarmowany przez paryską rodzinę Pożerskich, którą zarząd cmentarza w Montmorency zawiadomił o ustaniu w listopadzie 1903 roku koncesji Norwida, przenosi zwłoki poety, przełożone przez siebie do malutkiej trumienki, do innego grobu na tym samym cmentarzu.
Każdego z takich jak T y ś w i a t nie może
Od razu przyjąć na spokojne łoże,
I nie przyjmował n i g d y, j a k w i e k w i e k i e m,
Bo glina w glinę wtapia się bez przerwy,
Gdy sprzeczne ciała zbija się aż ćwiekiem,
Później... lub pierwej...
(C. K. Norwid)
Anna Łazuka-Witek
"Czarne kwiaty" zostały zakwalifikowane do finału Konkursu na Inscenizację Dawnych Dzieł Literatury Europejskiej, nie granych od dziesięciu lat, zorganizowanego przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Instytut Teatralny w Warszawie. Na prapremierze w dniu 31 października 2007 na Zamku w Kórniku obecnych było pięciu jurorów. Spektakl graliśmy również gościnnie na Scenie Salezjańskiej w Częstochowie.
"Czarnymi kwiatami" rozpoczęliśmy zapraszanie szkół z Gminy Kórnik na nasze przedstawienia.
"Ojczyzna to wspólny zbiorowy obowiązek"
(C. K. Norwid)
"Głos tułaczy". Proza Wojciech Kopciński , poezja Anna Łazuka-Witek . Scenariusz Anna Łazuka-Witek , reżyseria i scenografia Wojciech Kopciński . Prapremiera 18 luty 2006, Zamek w Kórniku.

"List-Dziennik" to debiut książkowy Wojciecha Kopcińskiego, utalentowanego i oryginalnego artysty, będący swoistym studium człowieka skazanego na samotność, obcość i środowiskowy ostracyzm. Jest to wstrząsający, gorzki i aż do bólu autentyczny dokument rejestrujący jeden rok z życia artysty niezwykle wrażliwego, o ukształtowanych wzorcach etycznych i estetycznych, a mimo to - właściwie wciąż poszukującego swojego miejsca w sztuce i w życiu. Kluczem do szczęścia autora pięknej i wzruszającej spowiedzi jest "Womirówka" - oaza ciszy i piękna, dobra i spokoju, gdzieś w górach nad Piwniczną. W ostatnich akapitach książki ten klucz wypada z ręki, dom płonie, zamyka się jakiś ważny rozdział w życiu Wojciecha. Co dalej? - piekielnie trudno zadać to pytanie. Nastąpił wstrząs i teraz bohater poszybuje czy się utopi? Mam nadzieję, że odpowiedź znajdę w następnej książce Wojtka.
Wojtek w swoim "Liście-Dzienniku" nie oszczędza nikogo. Ale przede wszystkim - i o tym warto pamiętać - nie oszczędza siebie. Znam go osobiście ćwierć wieku, mam zaszczyt cieszyć się jego przyjaźnią, ale nigdy nie podejrzewałem, że człowiek tak ufnie i bez najmniejszych zahamowań może otworzyć się przed światem. Ta książka może jest gorzka. Dla mnie - nasycona ogromną i głęboką wiarą. I wewnętrzną prawdą, w której nie ma cienia pozy czy mistyfikacji. Napisał tę książkę człowiek o niespotykanej we współczesnym świecie, a już w środowisku artystów szczególnie - odwadze osobistej.
Henryk Cyganik
Krakowski Magazyn Literacki, Nr 1/2003
Na rozstajach Chrystus przydrożny
żegna nas modlitwą.
On nie odjeżdża,
przygwożdżony do krzyża
wrósł w kraj prostą kapliczką.
* * *
Żyjesz na drugim planie
w oddali
na brudno
na razie
Żyjesz nie tam
nie z tym
nie w czas
Bez korekt bez zmian
przeciekają twoje szanse
przepływają lata
czystych kart coraz mniej
do zapisania historii jednego
twojego losu
( Anna Łazuka-Witek)
"Kreuzfeuer" Wojciech Kopciński. Scenariusz Anna Łazuka-Witek , reżyseria Wojciech Kopciński , opracowanie muzyczne: Bettina Arnold , Tomasz Kilarski . Prapremiera 6 marzec 2005, Targi Książki w Ried/Niemcy.

"Kreuzfeuer" Wojciecha Kopcińskiego jest to list-dziennik polskiego artysty na obczyźnie, skazanego na samotność w obcym kraju i obcej kulturze. Jest to zapis dzień po dniu na przestrzeni roku jego walki z własnymi słabościami i upadkami. Jego walki o pozycję w nowym miejscu osiedlenia, którą wypracowuje sobie jako artysta kulturalnymi wymianami polsko-niemieckimi.
Codzienność niesie jednak ból niespełnienia i niezrozumienia przez najbliższych, jak też przez otoczenie zabiegane walką o przeżycie, o chleb. Autor zaś walczy o sztukę, o siebie jako artystę. Ucieka od realiów życia w pracę, która jest dla niego przywilejem i narkotykiem. W samotność, w niezrozumienie, w sztukę, w głąb samego siebie. Jest świadom, że prawdziwa sztuka rodzi się zwykle w cierpieniu, ale że to ona jest sensem życia artysty.
Co go podnosi jako artystę i jako człowieka. Wiara w Boga, głęboka i szczera. Wiara w Boga pozwala autorowi powstać. Wiara w człowieka, w przyjaźń, we wspólną pasję, w sztukę pozwala mu dalej pracować. Losy ojczyzny ciągle na pierwszym planie: w sercu i w życiu.
Bardzo dużo tu rozważań o Polsce i Polakach, o Niemczech i Niemcach i naszych wzajemnych relacjach. Wokoło tyle żywej historii.
W książce dużo stawianych pytań, rozterek, więcej wątpliwości niż gotowych recept na życie. Bardzo dużo wrażliwości autora, będącej filtrem zdarzeń, i bardzo dużo sztuki.
Anna Łazuka-Witek
Aleje 3, Nr 48/2004
Jak daleko trzeba odejść,
by nie słyszeć głosu tego kraju?
gdy nie wystarczy nawet umrzeć,
tylko jeszcze dalej...
( Anna Łazuka-Witek )
Wybrane fragmenty recenzji:
Tym dziełem, wstrząsającym protokołem pewnego upadku, może Kopciński mierzyć się z "Królem alkoholu" Jacka Londona.
Andreas P. Pitteler
Wiener Zeitung, 28 kwiecień 2005
192 przykuwających czytelnika stron.
Paul-Hans Kessler
Halt! Nr 1/2005
Wielki esej o sztuce, literaturze, filmie, teatrze i pytania, jak można słowa w obrazy, dla sceny albo dla filmu przetworzyć.
Kristine Krokauer
http://www.buchrevue.de/index1.htm ;
Wienerzeitung http://www.wienerzeitung.at/DesktopDefault.aspx?TabID=3948&Alias=wzo&cob=181708¤tpage=1
Pamiętamy o polskich "emigrantach wewnętrznych":
"Zaczekaj" Andrzej Bursa, Ryszard Milczewski-Bruno, Edward Stachura, Rafał Wojaczek. Scenariusz, scenografia i reżyseria Wojciech Kopciński , muzyka: Marek Grechuta, Małgorzata Hołtra, Jarosław Mądraszkiewicz, Zdzisław Pawiłojć, Jerzy Satanowski . Prapremiera 26 sierpień 2006, Zamek w Kórniku.

W czasach komunistycznych najwrażliwsi cierpieli najbardziej, nie do wytrzymania, aż do przyspieszonej śmierci-ucieczki. Najwrażliwsi - Poeci: Andrzej Bursa, Rafał Wojaczek, Ryszard Milczewski-Bruno, Edward Stachura. W PRL ze względu na panującą cenzurę nie można było przez lata właściwie odczytać ich buntu, buntu aż do samodestrukcji. Niezgoda na świat zewnętrzny ( Na dnie piekła ludzie gotują kiszoną kapustę i płodzą dzieci - Bursa) prowadziła Poetów do nieustającej ucieczki: "w drogę" (i wio w ten sen dobry świat w Polskę! Jazda - po świecie co się zowie: Byledalej. O bezdomne podróże do stacji Niczyja. Teraz uciekam z pociągu na pociąg - Milczewski): w Polskę powiatową ( nadal plecak mi domem - Milczewski), czy jak Stachura też "w świat" (Meksyk, Bliski Wschód, Norwegia, Francja, Szwajcaria, Kanada, USA). Szukali tam prawdy, czystości, miłości, pełni życia, a przede wszystkim wolności, pełni wolności. Uwolnienia od pełzania, wciąż na kolanach (Bursa), uzależnień od prominentów wydających zgodę na publikacje: w naszym wieku niemal nie wstaje się z klęczek (Bursa).
Śmierć pojmowali jako akt wolności. Żyli "w drodze", w poczuciu zawieszenia ( Jestem prowizoryczny - Milczewski. Wojaczek o więzieniu, które mu groziło, myślał jako o możliwości powrotu do siebie ), od jednego do drugiego tymczasowego adresu w wynajętym pokoju (pełnym krzyków baby z półpiętra ze szmatą i ścian z napisem "min niet" , zapaskudzonych bram pachnących moczem nieustannym; ciągłe peregrynacje za sublokatorskim pokojem były dla Wojaczka prawdziwym koszmarem, jeszcze w dniu śmierci rano wynajął mieszkanie we Wrocławiu), od jednego do drugiego przypadkowego zajęcia (Milczewski pracował: sezonowo jako fermentator w wytwórni tytoniu; jako agronom w Rywałdzie; przez dwa tygodnie był studentem polonistyki Uniwersytetu Wrocławskiego; pracował w Nowej Hucie jako ogrodnik; prowadził zakładowy klub sportowy w Grudziądzu, przez trzy lata był kierownikiem Powiatowej Poradni Instrukcyjno-Metodycznej Pracy Kulturalno-Oświatowej; pracował jako instruktor plantacyjny i jako klasyfikator żywca; później był pracownikiem bydgoskich "Faktów"). Uciekali w alkohol (spotkania z czytelnikami nazywał Milczewski wieczorkami literacko-browarnianymi, obalaniem się i przewracaniem. Uderzamy w alkohol / I życzymy sobie śmierci/ w jakiś głupi sposób ), w swój wyalienowany świat twórczości, w obłęd (...) wieczność balansuje między życiem a śmiercią, a nie poza śmiercią. W ten sposób nie ma śmierci, w śmierć.
Śmierć traktowali jako integralną część życia: Żyję. Umieram. Żyję . - Milczewski. Chodzę i pytam: gdzie moja szubienica. Ile śmierci tyle szczęścia na tym świecie nędznym. Niekiedy umierałem i wtedy z tamtej strony życia odpowiadałem: a kuku. Ile razy można odbyć śmierć? - Wojaczek. Nauczyłem się śmiać z własnego trupa. Znudziliśmy się sobie życie moje mój wrogu - Bursa. Życia nie szukaj, albowiem życia nie znajdziesz. Zatem śmierci szukaj. - Stachura. Przeczuwali oni, zapowiadali i wywoływali własną śmierć:
To mogło być we wtorek albo w piątek
Niewykluczone też że w poniedziałek lub w środę
A również dobrze w czwartek w sobotę czy niedzielę
W styczniu lecz także w lipcu zgódźmy się
Że to przecież nie jest takie ważne
W roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym
Zdaje się - którymś rano lub o zmierzchu
W samo południe albo o północy
W pogodę słoneczną może w deszcze może w czas zamieci
Na własnym pasku powiesił się
Na czymś stosownym czy nie na rurze do bojlera
Dwudziestoiluś tam letni skończony alkoholik
Rafał Wojaczek syn
Edwarda i Elżbiety z domu Sobeckiej
("Koniec świata", 1970)
Oswajali ją ( domowi się śmierć - Milczewski), dokąd się udawało. Traktowali ją jako integralną część życia.
Odeszli młodo ( Jestem już przecież stary, mam dwadzieścia lat - Bursa): Andrzej Bursa mając 25 lat; Rafał Wojaczek 26; Ryszard Milczewski-Bruno 39; Edward Stachura 42. Zmarli śmiercią tragiczną, samobójczą lub w niejasnych okolicznościach. Andrzej Bursa zmarł nagle na serce (niedorozwój aorty) w Krakowie 15 listopada 1957 roku. Ta nagła śmierć zbuntowanego poety wywołała wiele spekulacji i domniemywań. Media lansowały tezę o samobójstwie. Rafał Wojaczek zmarł śmiercią samobójczą 10 maja 1971 we Wrocławiu: rano wysłał do mnie list zawiadamiający o samobójstwie. Znalazł mieszkanie, które mu odpowiadało, ale już za kilka godzin wieszał się. Przeszkodzono mu. Więc dopiero w nocy. Otruł się. (B. Kierc, Nota edytorska do: R. Wojaczek "Utwory zebrane", Wrocław 1976, s. 348). Ryszard Milczewski-Bruno zginął tragicznie (utopił się w jeziorze) 17 maja 1979 roku. Dramat rozpoczął się w latach siedemdziesiątych, gdy zaczęła opuszczać go wena twórcza: Wierszy już dawno nie napisałem. Jedynie poprawki tu i ówdzie wnoszę (1971). Same sztormowe perypetie. Wiersze coraz słabsze. (...) Kupę notatek i wierszy. Tylko nie mam myśli, aby to wykończyć (1973). Nic we mnie liryki piszącej. (...) A poezja - ta sensu stricte - poszła na poboki (1978) - Z listów do Jerzego Szatkowkiego. Edward Stachura zmarł śmiercią samobójczą w Warszawie 24 lipca 1979 roku. Rok wcześniej skreślony na własną prośbę z listy członków Oddziału Warszawskiego Związku Literatów Polskich w związku z zakończeniem działalności literackiej.
Nie dali czasowi czasu, by zaczekać, trochę zaczekać:
Tylko dajcie mu czas
dajcie czasowi czas
bo bardzo bardzo
szkoda byłoby was
( E. Stachura )
Wbiegli na smugę cienia . Wyrażali nastroje całego pokolenia ( tacy co im było mało - Stachura) młodych wtenczas ludzi: Poeta cierpi za miliony od 10.00 do 13.20 - Bursa. Stali się mitem dla tych, co przetrzymali, co doczekali lepszych czasów. Czy to ich wina, że są tacy! - Stachura. Pozostali na sztandarach wolności sztuki, do życia i śmierci. Miłość się nie kończy. To kończą się ludzie. - Stachura.
I gdzie tu wyprostować płacz (Ryszard Milczewski-Bruno). Wyprostować płacz może tylko wolne pokolenie.
Anna Łazuka-Witek
Teatr Legion nie bez powodu wybiera teksty literackie mówiące o egzystencji, o moralnej świadomości czy poszukiwaniu siebie w istniejącej rzeczywistości. To treści zawsze aktualne, ponadczasowe, stanowiące sens istnienia każdego z nas. Wielokrotnie pomijane, niesłusznie zapomniane teksty zbuntowanego pokolenia młodych artystów z okresu głębokiego komunizmu, to wyzwanie najwyższej miary, ambitne zadanie dla współczesnych teatrów. Grupa teatralna Legion z pewnością sprostała temu niełatwemu zadaniu, zarówno na płaszczyźnie aktorskiej, jak i muzycznej.
Izabela Moskal
Kórniczanin, Nr 16/2006
Byli tacy co się rodzili
Byli tacy co umierali
Byli też i tacy co im było mało
( Edward Stachura )
W naszym repertuarze nie zabrakło tekstów Włodzimierza Wysockiego i piosenek Jacka Kaczmarskiego:
"Przebudzenie" Włodzimierz Wysocki . Tłumaczenie Wojciech Paszkowicz. Scenariusz Anna Łazuka-Witek , reżyseria Wojciech Kopciński , piosenki Jacek Kaczmarski , scenografia Marian Panek, choreografia Joanna Tokarska . Prapremiera 25 sierpień 2007, Zamek w Kórniku.

Nasze artystyczne rozedrganie oddają e-maile z przygotowywanej do druku książki "@nia i wojtek":
Wojtku, Co do nowego mojego scenariusza z tekstem Wysockiego "Życie bez snu" i jego piosenkami oraz piosenkami Jacka Kaczmarskiego - widocznie mi się nie udało, skoro tak go przemilczasz? To nie miało być ani o Wysockim, ani o Rosji, ani o obłąkanych. Tzn. obłąkani to my, cały blok wschodni pod butem ZSRR. I dlatego tekst rosyjski jest tu lepszy od polskiego, bo to tekst od oprawcy i jednocześnie ofiary. Od sprawcy tego obłąkanego systemu, w którym nie ma Boga ( Pusto. Nie ma Boga. Dusza jest mieszkaniem Boga, a jakie to mieszkanie przesiąknięte medykamentami itp. ) i nie ma nadziei (jedyna nadzieja postrzegana jest w świecie zwierząt bardziej ludzkim niż ludzie). Oponenci (Normalni. Jestem normalny, ale nikogo bym nie przekonał, zresztą i po co ) są w zakładach dla obłąkanych. Podporządkowani są też ogłupiali - radio, TV, komunikaty. Niemniej każdy czeka na cud. I ten cud to nasz Papież i polskie przemiany ( Czyż historia może popłynąć przeciw prądowi sumień? ). Ale nie zabrzmiało to tak, jak trzeba. Wyjdzie następny lub kolejny tekst.
Mówiąc o Wysockim, ja wiem, że ty go rozumiesz całym swym jestestwem. I właśnie dlatego nasz zespół powinien go wystawić. Właśnie dlatego należy brać się za to, co niejako przynależy do danego pokolenia. Kto ma mówić o tych sprawach, jak nie ci, co to przeżywali/przeżywają? Bo ciąg dalszy logiczny musi nastąpić. Dalej: to emigracja, to losy twoje, moje i innych. Twoje teksty (scenariusze filmowe, "List-Dziennik", "Mgła") trzeba wykorzystać w następnym scenariuszu. To niejako obowiązek. Po co brać się za przeżute sprawy. Tym bardziej w teatrze autorskim. I tym bardziej z Twoimi losami.
To nie formuła lekko i przyjemnie. Chodzi raczej o przekazanie idei, a nie fabuły, taką rolę teatru rozumie też Karol Wojtyła: Słowo, w którym się przede wszystkim głosi pewne prawdy, pewne idee, pewne struktury, a nie uważa się go przede wszystkim za towarzysza akcji - sprawia, że przedstawienia rapsodyczne nie mają charakteru zasadniczo fabularnego, ale mają charakter zasadniczo ideowy. [...] Problem gra, on zaciekawia, on niepokoi, wywołuje współodczucie, domaga się zrozumienia i rozstrzygnięcia. I ten właśnie rys należałoby nazwać intelektualistycznym, bowiem intelekt, rozum jest władzą abstrakcji, strefą pojęć. Teatr Rapsodyczny tak właśnie czyta i tworzy. Nic dziwnego, że w przeważającej mierze sięgał po utwory niesceniczne. To zaś, co z nich robił - to nie było bynajmniej jakimś przystosowaniem do sceny, ale zawsze swoistym i autentycznym odsłonięciem samego myślowego, ideowego wnętrza utworu, samej umysłowej wizji autora.
To może nie jest łatwo. Ale co jest łatwo. To wszystko to taka codzienna walka, nieustanne zmaganie ( wolność stale trzeba zdobywać, nie można jej tylko posiadać ). Anna.
Droga Aniu, Twój scenariusz z tekstami i piosenkami Wysockiego jest bardzo dobry, ale ja inaczej niż Ty pojmuję ten świat. Na widza w dzisiejszym świecie nie działa już historia, tylko teraźniejszość. Scenariusz kończą słowa Papieża i czytając go ma się wrażenie, że wszystko jest już dobrze, że skończyły się szaleństwa komunizmu i człowiek będzie wreszcie mógł zacząć żyć szczęśliwie, a to nie tak, a to nie tak. Człowiek wszedł w nowe o wiele gorsze piekło. Dlatego będę Cię namawiał, byś przeniosła tamten świat do dzisiejszej rzeczywistości. Przecież ona jest jeszcze gorsza od tamtej. Tamta była przedsionkiem piekła, a ta nim się stała. Przed nami tylko koniec świata. Wraz z komunizmem zniknął strach władzy, a to jest najgorsze ze wszystkich niebezpieczeństw, jakie mogą spotkać człowieka. Proszę, pomyśl o tym. Czyż ja nie mieszkam w domu wariatów, czyż nie dostaję pastylek, czy mam nadzieję, czy codziennie nie jest mi odbierana moja siła, czy nie ukrywam swojej rozpaczy? Wyjdź na polską ulicę i popatrz na tych biednych ludzi, im też zabrano nadzieję, bez której dla człowieka i narodu pozostaje tylko śmierć. Wojtek.
Wojtku, Dziękuję za Twój list. Przekonałeś mnie co do Wysockiego, że to nie tak. Niestety nic nie jest uładzone i nie ma happy endu. Anna.
Wojciech Kopciński, Anna Łazuka-Witek
"Przebudzenie" według prozy Włodzimierza Wysockiego "Życie bez snu" wraz z jego balladami oraz piosenkami Jacka Kaczmarskiego - to opowieść o zniewoleniu człowieka. Zniewoleniu przez system. System, w którym jeszcze nie tak dawno wielu z nas przyszło żyć. To metaforycznie dom wariatów w Moskwie. To bunt zniewalanych: Wyrwij murom zęby krat! Zerwij kajdany, połam bat! To krzyk ich duszy tak autentyczny i silny, że aż wołający jakby ze środka słuchacza. U Wysockiego to brak wiary w historyczne zmiany. To groteska, w której na ratunek rodzaju ludzkiego przychodzą zwierzęta.
W naszym "Przebudzeniu", pisanym już z pozycji wolności, to ostrzeżenie przed zagrożeniami w budowaniu nowego ładu w Europie. To ostrzeżenie, że w każdym zorganizowanym systemie istnieje zawsze groźba, gdzieś w podtekstach, zagubienia narodu czy jednostki w biurokratycznym świecie: A mury rosną, rosną, rosną/ Łańcuch kołysze się u nóg . To spektakl o wolności, którą stale trzeba zdobywać, nie można jej tylko posiadać. O wolności do życia w prawdzie, godności, o wolności do wiary, do Boga. Tych wartości, bez których świat nadal pozostaje pusty.
Anna Łazuka-Witek
Do naszego repertuaru dołączyliśmy również polsko-niemiecki koncert poetycko-muzyczny, będący opowieścią o artystycznym buncie piosenkarzy epoki "dzieci kwiatów" (w wersji polskiej i niemieckiej):
"Wspomnienia" . Scenariusz: Bettina Arnold , Anna Łazuka-Witek, Wojciech Kopciński , reżyseria Wojciech Kopciński . Prapremiera 5 czerwiec 2004, Filharmonia w Częstochowie.
"Erinnerungen" . Scenariusz: Bettina Arnold, Anna Łazuka-Witek, Wojciech Kopciński, reżyseria Wojciech Kopciński . Prapremiera 11 wrzesień 2004, Weismain/Niemcy.
To bardzo osobisty spektakl, będący połączeniem utworów różnych twórców, dziś bez wątpienia klasyków poszczególnych gatunków muzyki, takich jak: "Kim właściwie jest ta piękna pani" czy "Opadły mgły" Edwarda Stachury, "Thears in heaven" Erica Claptona i Willa Jenningsa, "Über den Wolken" Reinharda Meya, "Mercedes Benz" Janis Joplin, "Dni, których jeszcze nie znamy" Marka Grechuty, "Wish you were here" Rogera Watersa i Davida Gilmoura czy "Dreamer" Ozzy Osbournea.
Na scenie pojawiło się dwoje wykonawców: Niemka Bettina Arnold, dojrzała, ciepła, liryczna ("Thears in heaven"), ale jak trzeba, to i drapieżna ("Mercedes Benz"), nauczycielka gry na gitarze i wokalistka oraz Tomasz Kilarski, młody, bardzo zdolny, o niezwykle ekspresyjnym, wyrazistym ("Gethsemane" Andrew Lloyda Webbera, pieśni Stachury), ale jak trzeba i intymnym głosie ("Fields of gold"), student psychologii i wokalista, co umożliwiło widzom zupełnie świeże odczytanie i przeżycie doskonale znanych utworów, które zaliczając się do klasyki, potrafiły połączyć różną wiekowo grupę ludzi.
Rolę łącznika utworów, zestawionych klimatem tekstów, znakomicie pełniła eteryczna, delikatna, ale niezwykle głęboka w swym wyrazie poezja Anny Łazuki-Witek, poruszająca odwieczny temat miłości, życia i śmierci, recytowana nastrojowym szeptem przez reżysera i współscenarzystę Wojciecha Kopcińskiego.
To nie jest łatwy do jednoznacznego skwitowania spektakl, bowiem ponadczasowe, na nowo czytane teksty, nie pozwalają tylko "odhaczyć" kolejnej próby ich zestawienia i interpretacji. Ascetyczny, ale wyrazisty akompaniament tylko dwóch akustycznych gitar wyłaniał nade wszystko ciężar gatunkowy tekstu jako nośnika nieprzemijających treści. Słowo bowiem jest najskuteczniejsze, gdyż rozwijając intelektualnie, zmusza do myślenia, uczy pokory, refleksji, porozumiewania się, ważenia wypowiadanych znaczeń.
"Wspomnienia" są konsekwentną realizacją postawionych celów i mocnym akcentem wspólnych dla Europy i świata wartości.
Joanna Grochowska
Aleje 3, Nr 47/2004
spotkamy się
na łąkach raju
Stachura
zagra nam lepszy świat
zobaczymy
słoneczne dni
uwolnieni od krzyku
widzimy brzask
w raj wchodzimy
jak w sen
( Anna Łazuka-Witek )
"Dar i zmaganie" . Walka o Morskie Oko. Władysław hrabia Zamoyski i jego Górale. Scenariusz Anna Łazuka-Witek , reżyseria Wojciech Kopciński. Prapremiera 21 maj 2005, Zamek w Kórniku.

Władysław Zamoyski, ostatni pan na Kórniku, do historii przeszedł jako ten, który wraz z matką generałową Jadwigą Zamoyską i siostrą Marią Zamoyską w 1925 r. ofiarował dobra Zakopiańskie i Kórnickie wraz z Zamkiem, biblioteką i dziełami sztuki Narodowi Polskiemu, tworząc Fundację.
Znany jest najbardziej z nabycia dóbr zakopiańskich i wygranego procesu o część Wysokich Tatr, w wyniku którego okolice Morskiego Oka włączono w granice ziem polskich. Kiedy z uporem poruszał wszędzie problem Morskiego Oka, na posiedzeniu w Krakowie ktoś się wreszcie zirytował: - Czy warto dla tej kupy kamieni i trochę wody tyle robić hałasu? - Zamoyski nie odpowiedział, ale po chwili usiadł na kapeluszu antagonisty, leżącym na sąsiednim fotelu. - Co pan robi!? Tam leży mój kapelusz! - Pan krzyczy o kapelusz, co wart kilka koron, a Polska nie ma wołać o najpiękniejszy zakątek swej ziemi? - zripostował właściciel Kórnika. Znane jest poczucie humoru, a nawet sowizdrzalstwo Władysława Zamoyskiego. Na procesie w Grazu, na pytanie jednego z wysokich dygnitarzy galicyjskich, kto spalił węgierskie schronisko, hrabia odpowiedział: "Górale mówią, że słoneczko przygrzało".
Warte są przypomnienia anegdotki i dykteryjki dotyczące samego 20 lat ciągnącego się procesu. Podstawę scenariusza stanowi dziennik leśnika tatrzańskiego Władysława Bieńkowskiego (w zbiorach Biblioteki Kórnickiej PAN), rejestrującego konsekwentne zmaganie o przywrócenie praw narodowi polskiemu do Morskiego Oka i okolic. Pisze on:
"W skreślonych poniżej wspomnieniach pragnąłem umieścić wydarzające się kolejno wypadki, odnoszące się do głośnego sporu o Morskie Oko i przyległe parcele, a to począwszy od kupna dóbr Zakopane przez JW. Pana Hrabiego Władysława Zamoyskiego w roku 1889 aż do ostatecznego rozstrzygnięcia procesu o własność przez Najwyższy Trybunał Kasacyjny w Wiedniu, w roku 1909, zatem okrągło za czas dwudziestoletni. Posadę leśnika u JW. Pana Hrabiego Władysława Zamoyskiego objąłem z dniem 1 września 1892, i od tego czasu wszystkiego, co się na owem spornem terytorium działo, byłem już nie tylko sam świadkiem, ale w wielu razach i szczęśliwym wykonawcą. Jeżeli się dziś rzuci okiem i myślą wstecz na całe to ukończone już dzieło, to naprawdę ogarnia człowieka zdumienie. Bo nie był to proces sąsiada z sąsiadem o miedzę, tu Polska walczyła o swe przyrodzone granice. Z jednej strony słuszność i sprawiedliwość, a przeciw niej cała brutalna siła władzy: tajne instrukcje ministerialne dla żandarmerii, fałszowanie map węgierskich, niemczenie i przekręcanie odwiecznych nazw rzek i gór, zręczne usuwanie naszych dokumentów w Peszcie i Wiedniu, naznaczenie mylnej granicy przez autorytet wojskowy i śmiałe zabranie nam kęsa polskiej ziemi. Ale człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi. Odbijały się te kule o granitowe ściany Żabiego i o spiżową wytrwałość piersi tych, którzy ratując ten kawałek polskiego zakątka - wydarli go z niepowołanych rąk i udowodnili, że Polak, kiedy chce, to i może, a Pan Bóg, chociaż doświadczał, ale i błogosławił".
Wpisanie dziennika leśnika w tekst poematu Karola Wojtyły "Myśląc Ojczyzna..." nadaje mu pogłębiony filozoficzny wymiar liturgii dziejów. Głównym motywem owej liturgii jest wolność. Wolność, której nie dość posiadać, trzeba ją stale zdobywać, płacić całym sobą. Trzeba na jej spotkanie iść przez pokolenia. To drogowskaz moralny i dla naszego pokolenia słowami poematu Karola Wojtyły. Bo nie żyje w pokolenia naród, który swój język, myśl, ziemię, Ojczyznę zaniedba czy zarzuci.
- Ojczyzna - kiedy myślę - wówczas wyrażam siebie i zakorzeniam,
Mówi mi o tym serce, jakby ukryta granica, która ze mnie przebiega ku innym,
Aby wszystkich ogarnąć w przeszłość dawniejszą niż każdy z nas:
Z niej się wyłaniam... gdy myślę Ojczyzna - by zamknąć ją w sobie jak skarb.
Pytam wciąż, jak go pomnożyć, jak poszerzyć tę przestrzeń, którą wypełnia"
Anna Łazuka-Witek

W obchodach stulecia schroniska nad Morskim Okiem nie mogło zabraknąć pamięci o zasługach Władysława hr. Zamoyskiego i jego wygranym 20-letnim procesie o Morskie Oko, w wyniku którego okolice Morskiego Oka włączono w granice ziem polskich. Stojąc przy pamiątkowej tablicy przy Morskim Oku, upamiętniającej zasługi Zamoyskiego, i patrząc na ten zaczarowany krajobraz nie mamy wątpliwości, że to najpiękniejszy zakątek polskiej ziemi! Tablicę ufundowały: Fundacja Zakłady Kórnickie, Biblioteka Kórnicka Polskiej Akademii Nauk wspólnie z Tatrzańskim Parkiem Narodowym w 100-lecie wygranego procesu o Morskie Oko, z napisem:
Jeszcze Polska nie zginęła,
Wiwat plemię Lasze,
Słuszna sprawa górę wzięła,
Morskie Oko nasze!
Obrońcom najpiękniejszego zakątka Polski: Władysławowi hr. Zamoyskiemu, prof. Oswaldowi Balzerowi i innym Rodakom w setną rocznicę rozstrzygnięcia sporu granicznego - Wdzięczni Rodacy - 13 września 2002 r.
W pamiątkowej księdze schroniska nie brak też wpisów kórnickiej reprezentacji, dbającej o należną pamięć dla zasług Zamoyskiego: członka Zarządu Fundacji Zakłady Kórnickie, dr. Zbigniewa Kalisza, dyrektora Biblioteki Kórnickiej PAN, prof. Stanisława Sierpowskiego oraz dyrektora Tatrzańskiego Parku Narodowego dr. Pawła Skawińskiego.
Obchody w 2008 roku nawiązują do uroczystego otwarcia "nowego" (jako trzeciego po pożarze w 1898 roku) schroniska Towarzystwa Tatrzańskiego przy Morskim Oku w dniu 15 sierpnia 1908 roku, na którym byli m.in. Kasprowicz z córkami, Reymont z żoną, Staff, Dębicki i inni notable oraz słynny przewodnik tatrzański Klemens Bachleda z sekcją turystyczną Towarzystwa Tatrzańskiego, pamiętający czasy ks. Stolarczyka i Sabały oraz wyprawy w góry urządzane przez Chałubińskiego.
Na straży tradycji i legendy oraz tatrzańskich wspomnień stoją dziś taternicy-seniorzy z Klubu Wysokogórskiego Towarzystwa Tatrzańskiego, którzy już po raz XVI spotkali się na corocznym zjeździe na Morskim Oku w dniach 30 maja - 1 czerwca 2008. I dla nich, których zjechało się 120 osób, oraz licznych o tej porze turystów zaprosiła nas z okazji 100-lecia schroniska pani kierowniczka Maria Łapińska. Warto tu zaznaczyć, że od 1945 roku schronisko jest w rękach jednej rodziny Łapińskich, najpierw pp. Wandy i Czesława, obecnie pani Marii. I dalej jest to rodzinna "opieka", oprócz pani Marii rej tu wodzi jej brat oraz zięć.
Zaproszenie nie było przypadkowe. Przyjechaliśmy bowiem z inscenizacją dziennika leśnika tatrzańskiego, pracownika hr. Zamoyskiego, Władysława Bieńkowskiego, pt. "Dar i zmaganie. Walka o Morskie Oko. Władysław hr. Zamoyski i Jego Górale". Od 1901 roku Władysław Bieńkowski był też przez pewien czas dzierżawcą prowizorycznego jeszcze schroniska Towarzystwa Tatrzańskiego przy Morskim Oku.
Opowiadana więc przez nas jego historia nabierała w scenerii Morskiego Oka szczególnego znaczenia, gdy za oknami roztaczają się ścieżki i szlaki tatrzańskie, o których mówi dziennik. Gdy na przepełnionej do ostatniego wolnego miejsca sali siedzą górscy wyjadacze, doskonale znający opisywane zakątki ze swoich wędrówek.
Przywołana zaś walka hr. Zamoyskiego o te sporne tereny ściskała za gardło. Jak też obrona górali polskich, gdy pisał: Sam mogę wszystko znieść i będę to sobie miał za zaszczyt, ale ludzi działających ze mną, dla mnie lub wskutek sposobu, w jaki ja im sprawę przedstawiłem lub sąd wyjaśnił austriacki, zaczepiać nikt bezkarnie nie będzie. A dlatego by wszystkie śledztwa ułatwić, oświadczam z góry gotowość przyjęcia na siebie odpowiedzialności za wszystko, cokolwiek się stanie przy Morskim Oku w obronie praw moich lub górali polskich, choćby i dziesięciu ludzi trupem tam położono. Niech mnie zamkną, powieszą, a mnie przyjemnie będzie, że już raz przestanę patrzeć na te łoterstwa!
Te słowa nie mogły pozostać obojętne. Naszym słuchaczom ten zakątek Polski jest przecież najdroższy na świecie, od wyjadacza - taternika po równie zasłuchany personel schroniska. Ta więź ze słuchaczami przerodziła się w dalsze rozmowy i wspólne refleksje po spektaklu. Okazało się, że na sali jest potomek wspomnianego w dzienniku gazdy, Wojtka Nowobilskiego, a i inne nazwiska górali polskich nie były widzom obce. Dr Władysław Malinowski, uczestnik zjazdu, Poznaniak, podziękował nam za przypomnienie zasług Zamoyskiego, podkreślając potrzebę i konieczność takich akcji. I takie głosy dominowały: zbyt mało o tym wiedzieliśmy, jak to było naprawdę! A wśród nich też i taki głos, że Zakopane lansuje adwokata, a zasługi Zamoyskiego pozostają gdzieś w tle. Nadal zbyt mało wybite i popularyzowane.
Gorzka wymowa wiersza Wincentego Szymborskiego, ojca późniejszej noblistki i pracownika Zamoyskiego, i mu dedykowanego, trafiła do sumień słuchaczy:
Darowałeś Ojczyźnie dóbr swoich przestrzenie,
Kórnik i Zakopane,
Dziś już leżysz w grobie,
A kraj, któryś miłował,
Czy pomni o Tobie?
To pewne, że pamięć o Władysławie hr. Zamoyskim żywa była wśród naszych słuchaczy, jak też wdzięczność, że przywieźliśmy ją właśnie z Kórnika.
Anna Łazuka-Witek
Magazyn Kórnicki, czerwiec 2008
Mieliśmy też zaszczyt pokazania "Daru i zmagania" w zamkniętym gronie dla Rady Kuratorów z prof. Andrzejem Legockim na czele, na Zamku w Kórniku, oraz w Galerii Miejskiej im. Władysława hrabiego Zamoyskiego w Zakopanem.
"Wszystko, cośmy posiedli, ma służyć Ojczyźnie i Rodakom potrzebującym i nieszczęśliwym, szczególnie od macierzy oderwanym".
Władysław hrabia Zamoyski
Znaczącą pozycję w naszym repertuarze stanowi:
Misterium Pasyjne "Leiden" Wojciecha Kopcińskiego . Reżyseria Wojciech Kopciński , muzyka Andrew Lloyd Webber , scenografia Marian Panek , choreografia: Anna Deręgowska-Libicka , Joanna Tokarska . Prapremiera 21 czerwiec 2004, Katedra w Opolu.
Apostołujemy z "Leiden" w kościołach w Polsce (Kórnik, Bnin, Robakowo, Zakopane) i w Niemczech (Altenkunstadt, Strössendorf, Burgkunstadt, Weismain) otwierając tym dusze i serca wiernych i skupiając wokół ołtarza młodzież polską i niemiecką.

"Leiden" Wojciecha Kopcińskiego to efekt jego wieloletnich poszukiwań nowej wersji Misterium Pasyjnego i efekt jego dziesięcioletniej pracy dla krakowskiej Sceny Salezjańskiej Wyższego Seminarium Duchownego na ul. Tynieckiej, gdzie wyreżyserował "Dies Irae" (scenariusz i scenografia Wojciech Jesionka; premiera 2.11.92). Spektakl ten otrzymał "Brązowy Dzwon" na Międzynarodowym Festiwalu Sacrosong 92 w Krakowie oraz Grand Prix na krakowskim Diecezjalnym Przeglądzie Zespołów Teatru Religijnego w 2001 roku. "Dies Irae" realizował Wojciech Kopciński na krakowskiej Scenie Salezjańskiej rokrocznie przez dziesięć lat. Zwieńczeniem jego pracy był I Międzynarodowy Festiwal Widowisk Pasyjnych Pasja 2000, którego był pomysłodawcą i dyrektorem artystycznym. Dyrektorem Festiwalu był ks. dr Jacek Ryłko. Wystąpiły na nim oprócz zespołu salezjańskiego, zespoły teatralne z Cieszyna, Częstochowy, Przemyśla, Miłocic, Csiksomlyo z Rumunii, Schönberg z Belgii.
Nowa wersja Męki Pańskiej "Leiden" Wojciecha Kopcińskiego to oryginalny pomysł, w którym ewangeliczne i religijne treści przenikają się z dramatem współczesnego człowieka.
Anna Łazuka-Witek
Przed Świętami Wielkanocnymi pokazano Pasję pt. "Leiden". Młodzi aktorzy z Polski i Niemiec przedstawili w kościołach Altenkunstadt i Weismain historię cierpienia Jezusa. Pozostało niezatarte wrażenie historii biblijnej pokazanej w nowoczesnej formie. Tą Pasją Kopciński rzucił pytanie, czy w dzisiejszych czasach żyją też tacy ludzie, jak Judasz, Herod, Piotr, Piłat.
Publiczność podziękowała młodym aktorom pełnym uznania aplauzem.
Dietrich Radziej
Obermain-Tagblatt, 4 kwiecień 2007
Myśl oglądającego "Leiden" nie podąża ku wydarzeniom sprzed 2000 lat, lecz koncentruje się na wyjałowieniu duchowym i moralnym nihilizmie, którymi niekiedy niepokoi kultura Zachodu. "Leiden" kontrastuje ze sobą dwie wyraziste osobowości - Jezusa i Judasza - paradoksalnie ukazując, jak te dwie postaci były sobie bliskie.
Męka Pańska w ujęciu Legionu, poza wymiarem sakralnym, zwróciła także uwagę na rozmaite impulsy i emocje targające człowiekiem. Stało się to w sposób nienachalny, pozbawiony zbędnej scenografii i pompatycznych kostiumów, które tylko odwróciłyby uwagę od tego, co ze znakomitym skutkiem przekazały gesty czy też ton głosu.
Barbara Machowska
Tydzień Ziemi Śremskiej, 30 sierpień 2007
Z a p r o s z e n i e
na coroczne Warsztaty Artystyczne Stowarzyszenia Teatralnego Legion,
które
prowadzimy
w drugiej połowie sierpnia w Gminie Kórnik.
Zajęcia z baletu, muzyczne, wokalne i z teorii teatru.
Powarsztatowa premiera na Zamku w Kórniku.
Czekamy na twoje zgłoszenie.
Jesteś mile widziany przez cały Zespół.
Zarząd: Anna Łazuka-Witek, Wojciech Kopciński, Tomasz Kilarski,
Maria Gierczyńska,
Marian Panek


Na jubileusz dziesięciu prapremier Stowarzyszenia Teatralnego Legion przygotowaliśmy:
"Klimaty" , polsko-niemiecki koncert wokalno-gitarowy. Scenariusz i reżyseria Wojciech Kopciński . Prapremiera 25 maj 2008, Zamek w Kórniku.
"Klimaty II" , polsko-niemiecki koncert prezentujący Legionowe talenty. Scenariusz i reżyseria Wojciech Kopciński . Choreografia Rusłan Curujew . Przygotowanie wokalne Anna Kilarska. Prapremiera 17 sierpień 2008, Zamek w Kórniku.
"Kabaret" . Scenariusz Anna Łazuka-Witek . Teksty: Anna Łazuka-Witek , Paweł Świder . Reżyseria Wojciech Kopciński . Muzyka Tomasz Kilarski . Choreografia Rusłan Curujew . Scenografia Marian Panek , Izolda Pietrusiak . Przygotowanie wokalne Anna Kilarska . Prapremiera 23 sierpień 2008, Zamek w Kórniku.
Polsko-Niemieckie Warsztaty Artystyczne
Stowarzyszenia Teatralnego Legion
Kórnik - Altenkunstadt 2008
Projekt wspierany przez Fundację Współpracy Polsko-Niemieckiej
Gefördert aus Mitteln der Stiftung für deutsch-polnische
Zusammenarbeit
Redakcja programu Anna Łazuka-Witek
Tłumaczenia z niemieckiego Wojciech Kopciński
Zdjęcia: Łukasz Grzegorowski , Wojciech Kopciński , Anna Łazuka-Witek ,
Barbara Machowska , Izabela Moskal , Dieter Radziej , Jerzy Wilczak
Design Wojciech Kopciński
***